Jeszcze nie wybrzmiały ostatnie dźwięku koncertu Andrzeja Szęszoła, gdy na scenie pojawił się niespodziewany, acz mile widziany gość. Już pierwsze słowa nie pozostawiały złudzeń kto znalazł się przy mikrofonie. Zachrypnięty głos Eugeniusza „Siczki" Olejarczyka wyśpiewujący „Moje Bieszczady" było wydarzeniem nie tylko dla młodych adeptów punk rockowej subkultury, lecz wycisnęła nie jedną łzę z tych, którzy już lata temu koszulki z napisem KSU schowali głęboko w szafie i wyciągali jedynie na specjalne okazje.
czego tak siczke poganiasz człowieku???przeciez i tak jest tylko 20 osób???człowieku
DjTowotDjWania 1 year ago
@DjTowotDjWania nie recz w tym ile jest osób rzecz w tym że z uprzejmości czekają inni :)
pirotuba 1 year ago